Drogi Czytelniku

Znajdujesz się na blogu z poezją. Jest ona całkowicie mojego autorstwa, z tego też powodu zastrzegam sobie wszystkie prawa autorskie, jeśli chcesz czegoś użyć, prywatnie, czy komercyjnie, proszę, skontaktuj się najpierw ze mną.

Piszę od wielu lat, moje utwory zmieniały się wielokrotnie na przestrzeni tego czasu. Przechodziłam inspiracje różnymi stylami, epokami, czy wreszcie jednostkowymi autorami, nie powinno więc dziwić zetknięcie się z jakimiś ukłonami w przeróżne strony. Zdecydowałam się założyć do tego celu bloga, gdyż serwisy z poezją amatorską sprawiły na mnie wrażenie brutalnie masowych i nieprzejrzystych. Łatwo się tam zagubić, a ja potrzebuję własnego miejsca. Chciałabym z czasem umieścić tutaj to, z mojego archiwum, czym chciałabym móc się podzielić oraz być może zamieszczać również to, co powstaje na bieżąco. Zachęcam do komentowania, gdyż nic nie daje takiej satysfakcji, jak świadomość, że ktoś uznał, że skomentować warto, nawet jeśli niepochlebnie. Sam zachód wyrobienia sobie opinii na mój temat będzie dla mnie zaszczytem.

Zapraszam,

Schalenia

Szukaj na tym blogu

Sztuczny diamencik

Sztuczny diamencik mam w ręku,
Miętolę go w palcach bezwiednie.
Skądś odpadł i sam, pełen lęku
Nie wyglada już wcale pięknie.
Raczej kiczowaty, tandetny.
Myślę, że gdy uciekł z kontekstu
Wszystkie pajęcze nici pękły,
Błyszczenie mu teraz bez sensu.
Choć koroną był kiedyś stroju,
To bez niego nic tu nie znaczy,
A ja tak tęsknię do kroju
Sukien, których miało mi starczyć.
Jak Ty sobie poradzisz, mały?
Nie potrudzą się, nie zabiją.
Pewnie zgubisz się, zapomniały
Cię szmaty już teraz i zgniją.

Do zdobywcy

Wygrałeś. Gdzie są proporce?
Gdzie pochód tryiumfalny?
Uczenie dzieci i wzorce
Na Twój przykład genialny?
Wygrałeś. O co Ci chodzi?
Dlaczego patrzysz tak smutnie?
Czy coś jeszcze Ci grozi?
Czy ja coś mówię okrutnie?
Wygrałeś. Możesz iść dalej.
Jest tyle gór do zdobycia.
Lecz pomyśl nim sięgniesz całej
Co zwycięstwo ma do ukrycia.

Jak burza dla świata

Jak burza być wściekła,
Co się nie gniewa
Lecz gdyby siekła
Łamałaby drzewa.
I czasem w złości
Faktycznie coś niszczy
Lecz dla całości
Ocena jej milczy.
I ona zmienia
Co chce, czy pobłądzi
I nie ocenia
Choć czasem osądzi.
Jak burza dla świata,
Częścią być niezamienną
Co weń się z nim splata
I istnieje na pewno.

Nie jestem poetką

Więc ja nie jestem poetką
Nie jestem mdłą, chudą
Przeizolowaną, nieprędką
Poszarzałą marudą.
Ani wielce odkrywczą
Bardzo udziwnioną
Ulubienicą, wyuczoną
Jak być inną niż grono.
Ja nie jestem samotną
Mroczną duszą na skraju
Wytrzymałości, zgodną
Że życie to droga do raju.
Ja nie jestem poetką
Nie mam ciała wątłego
Myśli nad inną prędką
Żywota wyjątkowego.
Więc ja nie piszę poezji
Rzemiosłem nie jestem uczona
Nie łaknę sławy lukrecji
Nie bywam natchniona
Z tego wychodzi, że zupełnie
Nie mam pojęcia co robię.
Jak wilkołak w pełnię
Coś rozszarpię, coś skrobię.
I jestem tak rozbawiona
Całym tym dochodzeniem
Że już wzruszam ramiona
I się całkiem już śmieję.

Mała na peronie

A ta mała stała na peronie.
Bardzo smutno, smutno wyglądała
Gdy żałośnie wyciągała dłonie,
Gdy tak sama na peronie stała.

Miała taką małą walizeczkę,
Nieco brudną, jak własne policzki,
Bo co rusz to wycierała łezkę.
Rączki brudne zaś są od walizki.

Miała kotka ale został w domu
Oraz zestaw na przyjęcia lalek.
Na peronie nie ma płakać komu,
Jednak płacze choć już nie chce wcale.

Pojechałeś, Ty kochasz, ona wie.
Masz te wszystkie sprawy i rachunki.
Płacze mała, a rączka łezki trze,
Tylko Ciebie ma, Ty masz sprawunki.

Znam tą małą, często tam tak stoi,
Gdy znużony wszystkim i nią również
W dali znikasz a ją rączka boli,
Od wyciągania w Twym kierunku puchnie.

*Nie pytam deszczu...*

Nie pytam deszczu, czemu pranie moczy.
I gdy piorun uderza, nie sadzę go
Nie wierzę w fusów wróżb wymiar proroczy
I nawet zwierzęcia nie ganię za zło.

A Ciebie pytam: Co Ty wtedy czułeś
Gdy marchew kroiłeś, gdy brałeś nóż?
Co Cię napadło, że chodnik oplułeś?
Czemu płakałeś na wspomnienie tych róż?

Czy nie bywa Ci wstyd? I nie bywasz zły?
Ja wierzę, że czasem każdy coś czuje
Więc czemu, człowieku, ostrzysz sobie kły
Na mnie człowieka, co Cię potrzebuje.

Zabierz mnie w życie

Zabierz mnie stąd, w życie.
Gdzie lepiej nie będzie.
Gdzie wilków wycie
Ma tak samo wzięcie,
Problemów kołtuny
Przez western dzienności
Się toczą w tabuny
Beznamiętności.
Gdzie świece się pali
Lecz tylko w potrzebie,
Ludzie czerwono-biali
Skandują o niebie.
Gdzie płoną stodoły
Ogniem przypadkowym.
Gdzie czekają stoły
Na lęk sałatkowy.
Zabierz mnie stąd, w życie.
Gdzie lepiej nie będzie.
Gdzie leśne poszycie
Nie jest nam szczęściem.

Fascynacja

Coś się stanie! Krew zawrze!
W serce uderzy młotem
Dawkowane jak draże
W porcjach zastrzyki złote
Unisono zagrają
Głupot odę podniosłą
Drobnostek co się zgrają
Lub w detalu wyniosło
Na piedestał czoła mi.
Cały świat się w ramiona
Co się zwykle tylko tli
Jak odurzony, kona
Tak wielka nagle chwila
Czy materiał swój zmienia?
Raz jak mgła, raz jak szpila
Skąd ta nagła pandemia?
Spójrzcie mi w oczy, gdy ćpam
Was ludzie jak zjawiska
Nadprzyrodzone. Jak wam?
Fascynacji igrzyska.

O szczęściu zasłużonym

Za miłość szczęśliwą
Zrozumiałą i dojrzałą
Za pasji migotliwą
iskrę gorącą i trwałą
Za stagnację lecz dobrą
Stabilną stanowczością
Co nagrodą jest szczodrą
I ducha pewnością
Że z każdym dniem życie
Jest nie walka z żywotami
Każdy uśmiech ma pokrycie
Za każdy drobiazg, co mamy.

Najbliższej

Nigdy nie było między nami obietnic,
Poważne miny obce jak w american dream.
Uśmiechy nam lekkie jak kroki baletnic
Były i chwile gdyśmy też i nie żyły w nim
Nikt nigdy nie mówił, czy z oczywistości?
O tym co działo się od dawna samo przez się
A może byłam tylko jednym z Twoich gości?
Powiedz, jak się zapomina? Niech się zdarzy i mnie.

Echa i cienie

Co to za głos? Czyje to słowa?
Niosą się rwane i niezrozumiałe
To tylko echa, co durna głowa
Pamięta po ludziach, których kochałem
I cienie nieznośnie do czegoś podobne
Znajome jak własne, głupie wybuchy
Wśród ścian prostych cienie niezgodne
Czy przyjaciele to, czy też traf głuchy?
Wśród tych gości dziwnych jakieś poruszenie
Niepokój zakręca mi głowę na supły
W której półmroku wierzgają na scenie
Stare widziadła, emocje i kukły.

Drobniaki

Zagrzechotano
Zostało zagrzechotane

Ruch Twych Wód
Coś pogrzebane

Grosze do groszy
Westchnięcia

Drgnięcie, stop
Stanięcia

Małe wrażenia
Do czucia
A nie wierzenia

psychodela codzienna

Asfalt błyszczy stopionym śniegiem
Zimny, mokry mgły przebiegiem
Snuje się,choroba oka
przez szybę wizja wilgotna
Dym z komina, mgły producent
Do nóg pada mokrej suce
I z nią wiąże się i wije
Mnie oplata i przebije
obrzydzeniem od śliskości
gdy się brud na ciele gości
I nic straszniejszego w świecie
Głos puszczyka echo niesie

Mróz lutowy

Gdy się najmniej spodziewali
Dzwonki w saniach rozbrzmiewali
Sanna śnieg roztrącać rada
Z lasu przez wieś w widok wpada
Umykają spod płóz elfy
Skacząc w dół przez białe szelfy
Sucha, zaspana leszczyna
Się w zdziwieniu chwiać zaczyna
Wiatr płatkami miecie śniegu
Lecz się dziad nie trzyma brzegu
Bo gdy pędzi mróz lutowy
Czapka z głowy, czapka z głowy...

Autobusy



Są w senności tony boskie
Harmonijne błogostany
Są przejrzyste rzeczy, proste
Okno, świat zaparowany
W cichym szumie i pomruku
W kołysaniu świadomości
Autobusy co dzień w ruchu
Filozoficzności

Sentymenta

Oto jest płot i nie ma męża
A dalej śmietnik bez żony
Niesmutna głowa jakiegoś węża
Beztroskie mu dzieci zgony
A człowiek sentyment ma durny
Stoi jak stworzony na żart
I tęskni i wciąż jest pochmurny
Sentyment ten grosza niewart

Gdysię wszystkie wrony zlecą

Gdy się wszystkie wrony zlecą
Śnieg się w kropki poczerwieni
Zabierz jedną

Weźże sobie na pamiątkę
Wszystkich ran, cierni i cieni
Małą krewną

Ona nic nie będzie wiedzieć
Tak będziecie zadziwieni
Tak na pewno

I zakochasz się wspomnieniem
Gdy krew weschnie dawno w sieni
W stare drewno