Drogi Czytelniku
Znajdujesz się na blogu z poezją. Jest ona całkowicie mojego autorstwa, z tego też powodu zastrzegam sobie wszystkie prawa autorskie, jeśli chcesz czegoś użyć, prywatnie, czy komercyjnie, proszę, skontaktuj się najpierw ze mną.
Piszę od wielu lat, moje utwory zmieniały się wielokrotnie na przestrzeni tego czasu. Przechodziłam inspiracje różnymi stylami, epokami, czy wreszcie jednostkowymi autorami, nie powinno więc dziwić zetknięcie się z jakimiś ukłonami w przeróżne strony. Zdecydowałam się założyć do tego celu bloga, gdyż serwisy z poezją amatorską sprawiły na mnie wrażenie brutalnie masowych i nieprzejrzystych. Łatwo się tam zagubić, a ja potrzebuję własnego miejsca. Chciałabym z czasem umieścić tutaj to, z mojego archiwum, czym chciałabym móc się podzielić oraz być może zamieszczać również to, co powstaje na bieżąco. Zachęcam do komentowania, gdyż nic nie daje takiej satysfakcji, jak świadomość, że ktoś uznał, że skomentować warto, nawet jeśli niepochlebnie. Sam zachód wyrobienia sobie opinii na mój temat będzie dla mnie zaszczytem.
Zapraszam,
Schalenia
Szukaj na tym blogu
Znów NIC
Na świadka odkryć ponad rozum
Stoję naga, jak narodzona stoję
Nie ma we mnie nic już, zrozum.
Oprócz pustki złych uprzedzeń
Nie ma także nawet żalu
Oczyściłam się z zamierzeń
Owinięta w wizji szalu
Słów twych słyszeć nie chcę
Dziś wiem chyba co usłyszę
W okno nocne wiatr mnie łechce
Za czymś tęsknię, coś pochwycę.
Nie mam dłoni, nie mam twarzy
Łzy mi płyną gdzieś po duszy
Nie zrozumiesz znów co znaczy
Pieśń boleści Cię nie ruszy
Wreszcie nie o Ciebie chodzi
Bo gdy piszę, wszystko mogę
Jestem niczym, NIC mnie chłodzi
W dni gorące w pustą drogę.
Zimno
Przez ramie pośpiesznie
Para usta tak jest
pogodno śniegiem deszczem
mnie siecze twarz
obumarła, spływa tusz.
Krzyk, DZIWKA, straż
sumień na ani rusz.
Zimno. Łóżko wita drgawki
mną trzęsą i hausty
powietrza przez migawki
łez. smar czasu pasty-
lki myśli jak kordon(ek)
pogrzebowy dla mnie sweternika
sprutego. kryję kołdrą
się i liczę, że znikam.
Zamieć
Może i nie przeziębnę
Może mokre buty z wiekiem
Odchoruję lżej zamilknę
Uważając na zawieję
Zapewne uchronię uszy
Ale dotkliwość śmieje
Się z wkładu weń duszy
Przez ignorancję
Mniej serca stanięć
Miej nici tną Gracje
Lecz mróz długą pamięć
ma, nie zważa czy stację
Jezus opuścił przez zamieć.
Wyliczanka
Nagle ciemno jest na niebie
W zimie zbyt szybko się ściemnia
Biegnąc ogląda się za siebie
Malin gąszcz bieg udaremnia
..torba borba ósme smake...
Nogą o pęd jeden haczy
Przez co w ściółkę głucho pada
Serce tłucze się jak kaczy
Łeb o pieniek u sąsiada
...eus deus kosmadeus...
Wstaje, drze sukienkę mamy
Bo w historiach są sukienki
potykając się do bramy
Dotrzeć chce lecz ten Pan Wielki...
..i morele baks!
Wygnanie w skali lokalnej
Za kratą puchatą masz zimę o krok
Do umierania każdego śniadania ona
Do marznięcia ziewnięcia co zmrok
Małe saneczki masz do ucieczki
Z górki na pazurki drapieżne wprost
Już wystawione naostrzone kosteczki
By dobrze pochwycić zakrwawic most
Wychowanie
Niosę kwiaty i upuszczam raz po raz
Aureolę kradnie niechęć w formie pawia
Gdy upadam wzrokiem szukam w niebie gwiazd
Jedno słowo (jeden błąd) na żarno rzucam
Co rozpędza wir zamieszek na mój zgon
I już mogę nawet wypluć sobie płuca
A nie będzie miękki wcale ten twój tron
Jeden gest (jeden błąd) na wieki czynię
Pomnym kary, winnym sobie, niepoprawnym
W głowe mojej następujący żart słynie
Że kat serca dobry to kat jest niesprawny.
Wszystko jedno
Ja
sufit
widzę
leżę
Coś robić
-nie
spać
Może czytać...
nic
wszystko
jedno
I tak myśl
niby wszystko
Jedno
Ukochana
Moja śliczna Ewo
Czy umarły czy nie kwiaty
Czy to było DRZEWO
Mówią, że zła jesteś ludzie
Nie mam im to za złe
Ani to że gną się w trudzie
Ani że tu lazłem
Kocham Cię moja prześliczna
Moja dobra nie chcę
Byś się bała, że kliniczna
Śmierć już zabierać zechce
Moja słodka, dobra Ewo
Nie wierz słowom Boga
Kto jest życie, kto jest drzewo
Nie od razu złoga
Byłaś dzieckiem jak my wszyscy
Chciałaś poznać dobry
Że wysocy są to niscy
Antagonizm szczodry
Co się dzieje? Nie płacz dziecko
Historia Cię każe
Jest mi przykro
że niebieską nie jesteś ołtarze
Ale sama spójrz mi zaraz
Czy tam Lucyfera
Myślanego zbyt źle kara
Toposu umiera...
U i O
Kiedy troski ludzkie śpią
Wody krople studnie pocą
Gwiazdy ciemność drą
Uspakaja się pan wietrzny
Gdy kołysze do snu drzewa
Sam zasypia znów bezpieczny
Ptak jest cichy, to noc śpiewa.
A ty wstajesz rano nowy
W zgryzot kosz bogaty, stary
Dzięki gromom - jesteś zdrowy!
Bo tu w nocy strzygi mary
Ciebie szczędzą i Twej głowy
Nie nękają tęsknot czary.
To ja
I siła opiekuńcza ziemi
Dla Ciebie
To ja
Nie brakuje wobec leku
I starczy ruchu źrenic
W niebie
To ja
Niepomna, zdarzona, zapomniana
To ja
Słodka i gorzka, zaczarowana
To ja
Chmurna, słoneczna, pstryknięcie
To ja
I tyle mnie widzisz ile mignięcie
Wśród dnia
Świat opiekuńczy
Ukrywamy się za lasem słów
Najpiękniejsze dęby, brzozy snów
Hołubimy ufając nikt się nie dowie
Na ramionach naszych dłonie są
Opiekuńcze, zaciskają się
Jak kleszcze. I jak one na psie
tak chorobą mimochodem żrą.
W głowach naszych rakiety sumień
Nie naszych, ościennych i obcych
kratery klną, a dobrzy chłopcy
wojny o pokój krwi leją strumień
Wewnątrz naszych serc jest poczucie
winy, a wina, jak wina jest
Nigdy dosyć. Bierzemy więc chrzest
Nie w wodzie a w kolczastym drucie
Wielcy inżynierowie planów
Już znają za nas nasze lasy
Więc nam grożą słodkie czasy
Złamanych żyć, życzliwych namów.
Szela
Biło na czerwono
Szela
Ja żem nie chciał wcale
Mnie tu przygoniono
Szela
"Zdrajco" krzyczą w szale
Mnie biczują łono
Szela
Kocham Matkę Polskę dalej
Zniosę słono
Szela
SENSACJA
Kolor istotny, a zapach bardziej
Jeśli już przy tym, chyba goździki
Nie spuszczę, zawsze na pełnej gardzie
Co dziwne niedziwne przedziwne słowa
Nie takie znów ważne, co się myśli
Bo to co ukrywa troskliwa głowa
Przepadnie w niewiedzę tych, co przyszli
Laracroftyzm znad przepaści: SENSACJA
Bujam się w dramatyzmie i bohatersko
Wygrywam artefakty tym cenniejsze
Im przepaście, piwnice były ciemniejsze
Im bardziej mi palce odrywało braterstwo
Znad przepaści: ŚWIATŁA! KAMERA! AKCJA!
Realizm
Przynajmniej tutaj pewna
samotności ostatni dryg
w sercu tańczącej z drewna.
Jakie to proste, rozmowa
nam z niewymian niemyśli idzie,
jak płynnie umiera matka zdradzona
w czerwieni i bieli się gryzie,
jak przez palce mi leci resztka
Oczu maślanych nadziejnych,
wreszcie, jak sama jak pestka
wypluta z owoców przepięknych.
Jak Szymborskiej lirykę kocham.
Jak śmiało, (gwałt?!), ją ukruszam.
Jak światło w paradoks szlocham
i.. jak ramiona swe wzruszam.
Tego zdajesz się nie dostrzegać,
Nadczłowieku
Smutnego wieku.
Tobie przychodzi WPROST grzebać.
Przepaść
Na przepaści zboczach
stoi, nie jej wariacje
poprzez grawitację,
więc serce tam rzuci!
Co z tego, gdy wróci
niezmiennie w jej krynice
Zaczepione o tętnice
Przechyla się sama
Siła nie zezwala
W las chce uchodzić
cóż gdy nie może chodzić
A na to wszystko wysoko
zawieszone jest oko
I jest mi zapewnione
Że to oko zielone.
Procent z 27.12.2011
Bez dna
Bez-
denna wariacja
na temat życie
się pławi
w niej
Kołysze zabójstwa myśli
zgniłki
we własnym sosie
szklaneczka dwie jedna
kwestia znacząco
nie-
życie
egzystencja
Podmiot liryczny
Nie ma innych dróg
Wielkie są popędu drzewa
Każdy to twój wróg
Są moskity uciążliwe
Moralności żądz
Spacerują w nas chełpliwie
Nie pomaga ksiądz
Jest za stary i nieładny
Brak mu sił by stać
W dzień gdzie ubiór nader ważny
Nie ma gdzie go brać
Osobiście nie napiszę
Podmiotowo traktowana
Prawie że już nic nie słyszę
Za co jestem brana
Nie rozumiem co to wprost
Ktoś lepiej rozumie
Są sandacze głupich ripost
Zachowane w dumie
Muszę odejść w cień latarni
Najlepiej czerwonej
Ktoś mnie kiedyś nie pogani
Jak żydom koronę
Ja nie cierpię bo ja piszę
I na odwrót dobrze
To jest mało że kołysze
Kogoś lepsze gorsze
Uniknijmy małpich wzroków
Nie otwieram płaszcza
Bo tam lepiej z samych kroków
Znają a mnie zwłaszcza
A hoduję w domu szczura
Kawał z niego...drania
A za oknem kawał sznura
Na drzewie się...słania
Kiedy chcę o polityce
TO nagle są kwiatki
A jak o uczuciach szydzę
To do separatki
Mają miejsca małe dzieci
Na takie zabawy
Nie szanują, kto odleci
Ten ma łeb dziurawy
Czy aluzje nie są jasne
Nie mnie to oceniać
Bo ja mogę tylko własne
Osądzenie zmieniać
W każdym razie jest mi słono
Że to czytasz za zasłoną
CZwartej ściany białej karty
Ene, due, łeb obdarty...
Płomień do powietrza
Tak nieśmiało rozgorzałam
w twoich dłoniach, lekko chwiałam
się bez klosza czy przykrycia.
Wybuchałam od benzyny
złych słów, od łez przygasałam,
tliłam wreszcie się i bałam
że zagasnę bez przyczyny,
gdy mi braknie do spalania.
I tak ufna, ciepła byłam
że co dałeś, to trawiłam
w błogości czystej kochania.
Lecz i ogień, co ogrzewa
bez paliwa sam nie wytrwa.
Tonącemu może brzytwa,
lecz mnie nie to dziś potrzeba.
Nieznaki przestankowe rozpaczy
Oczy z przepaści dystansu
Widzę lot w taflę kamyka
I złote nabytki od czasu
Co dałeś mi je niewypłacalny
Alimenty sam tego pokazu
Uczuć nie przypuszczalnych
Że istnieją Co rozrywa wnętrze
Milionami nieokreślonej rozpaczy
Co głuchą uderza co jeszcze
I zachwytu odrobina wystarczy
Umierając i tego nie zapomnę
pamiętać jak ciąży jest wryte
jedna czasem myśl i nietomne
otwierając krzyk nieme niespożyte
Niepokój przepiórczy mam w sercu
Zabieram siebie w troki i kicam
Do kącika gdzie tylko wesoła
Sama z sobą się sobą zachwycam
Lecz coś kłuje mnie w duszę uparcie
Więc jej szukam... o dziwo znajduję
Dziwię się dalej, kiedy na karcie
Na którą stawiam się nic nie maluje
Niepokój przepiórczy mam w sercu
Rozglądam się szaleńczo na boki
Na samotności spokojnym kobiercu
Nic nie mąci ciszy pomroki
Niech raz
Niech pozwolą nam przez chwilę
Posiać choć trochę zamętu
Wpaść w dół głową do odmętu
Raz zaufać własnej sile
Niech zezwolą na samogon
Myśli cierpkich, niepraktycznych
Spojrzeń z góry nielogicznych
Raz pogonić własnen ogon
Niech nam oczy są zamknięte
A w pierś serce raz zabije
Raz słodkiego haustu pije
Raz niech zginie, raz niech pęknie.
Niech nam nogi się poplączą
Zagubione własnym krokiem
Oszalałe ciała skokiem
Raz niech górę szklaną skończą.
Niech nas zgniecie pędu podmuch
Ale własnen, tylko taki
Skórowłasny, byle jaki
Raz niech będzie lub raz do dwóch...
Modlitwa Boga
Zmiłujcie się, dzieci!
A oni po życiu rozwichrzeni
Wiecznym pędem spośród cieni
Mają życia pełne skarg
Zmiłujcie się, dzieci!
A oni w nauki okularze
Życia przehukują w ołtarze
Paradny targ
Zmiłujcie się, dzieci!
A oni w marmurach kościołach
Ręce wznoszą, ten płacze, ten woła
Boga do spragnionych warg
Kawałki
Luster oraz ramek i łzami je roszę
krew tryska z ran ciała od szkła na firanki
brudzi również szyby niewidomych okien
Słońce nie wpada, a jeśli już upadnie
Wstać długo niezdolne, milczące tak leży
Aż zmierzch zakłopotany go nie odkradnie
I nie poniesie gdzieś tam, gdzie może przeżyć
Dźwięki tu siebie są zawsze nieświadome
Albo zbyt głośne, albo znowu się zdaje,
Że cisza uparła się za mikrofonem
I wrzeszczy z sił całych i serce mi kraje
Tnę skórę i mięso w ruszeniach bezradnych
Dłonie mi trzęsą się, ciałem szloch potrząsa
Słowa obok leżą, niewiernych podwładnych
Tych zwolnić się nie da, gdy idą z ukosa
Jasieńskiemu
Pragnę podziękować z serca całego
W sposób, jaki wydaje mi się ckliwie
Najodpowiedniejszym do tego.
Również i za myśli ciepłe, grzejące,
Choć nie pochlebne,.. złe raczej
Jestem panu winna liter tysiące
I smak słodki nowych doświadczeń
Pana buduar, ciężki od machin
Nowej wojny o postęp i rozgłos
Wżżął się we mne od opuszków do pachwin
...
Istnienie
Że nie wiemy, gdzie się podziać
A dziejemy się tu
Zabieramy wątpliwości w sen
By tam im fakt sam poddać
Choć to nie grób
Gaśnie wołanie
Na wysokości kominów
Tak powiedział ktoś,
kogo nie rozumiem,
a zdania jakby moje.
Industrial blues
uderzeń opuszków industrial
zwierzęcy mej klawiatury. Stal
i plastik czczę niezniszczalny.
Przekuwam na modłę wymagań
wieku i aktualizuję
język. Chcę spać. Nie negocjuję.
Gdzieś w tle jęk nieznanych mi błagań.
W więzieniu egoizmu bez krat
tkwię wtrącona przez siebie samą
Jak na dekadentkę przystało
drwię i z tego, nie przyjdzie już kat.
Nawiązań moc, zabawkę starą
Rzucam znudzona kapryśnie
Nie szukając sensu zabłyśnie
Szyderczy śmiech myśli-maszkaron
Nóż w ręku od niechcenia znajdę
Wzrok zaskoczony obojętnie
Mętny i pusty jak codziennie
Stoczę satyrę zmysłu w kraj ten
Nie liczę nic oprócz butelek
Nie liczę nic, nic że przyjdziesz
Rząd cel jest nieskończony, ty też
Umierasz w niej bijąc pokłony.
Fala
Zabarwił się sad
Pełen kwiatów
Od tak wielu lat
Jedną jest dla słuchu
Kobieta kroczy
Siła światów
Głos nieproroczy
Odkrywa w jej ruchu
Tęsknotę marzeń
Śród niemych słów
Są lodowate
Ona chce wybuchu
Emocja i ekspresja
Emocja i ekspresja
W samorzutnym procesie
Rozpadu dusz
Gdzie wzrok poniesie
Tam upada też presja
Daje fortuna ślepa
Ogień bezmyślny
Nie w czas
Po to abyśmy
Nie marli jak trzeba
Nić cienka łączy
Ze starym światem
Gdzie gruz
Tu szaleństwo bratem
I wiatr pośród plączy
Dywagacje ponure
Z czasem rozumiem słowa
Zdałoby się nazbyt banalne
Więc rodzi się też niezdrowa
Gorycz i myśli nachalne.
Tak zimno jest. Tylko tyle.
Czy... jesteś w stanie zrozumieć.
Ja nie umiem ocenić o byle
Gest i już nie będę umieć.
Może opadły mi ręce siły
Kiedy oduczyłam się samotności
A kiedy i ten stan niemiły
To pusto tu tak że z żałości
Można płakać. Pytanie po co.
Umieranie moje po stokroć
Nudniejsze jest każdą nocą
Niż w pozoru tulenie się ostrość.
Może są jakieś nici jeszcze zdolne
Mnie powrócić do Kogoś świadomości
Może w kimś dziko jak kwiaty polne
Zarasta właśnie cień tej zdolności,
Ale, czy nić, nawet nić przeznaczenia
Mogłaby zrosnąć rozerwaną skórę
Lub wręcz złączyć osobne zdarzenia
Naszych żyć. Dywagacje ponure.
A z chaosu
Mazurki, oberki, chóry, skandowanie,
Uderza falami o świadomość zdanie
Lecz jakieś losowe, przypadkowe to granie.
Zaburzam się usilnie w umiejętność słyszenia
Upatruję dogodnego dojścia do strumienia
Dźwięku by wśród braku drzew podejrzeń cienia
Móc cokolwiek rozliczyć wedle mienia sumienia
Chaotyczne są róże i prochy i ptaki
Gdy się przejawiają raz całe raz wraki
Momentami są piękne, zaraz straszne pokraki
Coraz to niepokoją interpretacji braki
I ja nie wiem co wyłonić się ma z tego chaosu
I ja nie wiem co można wywróżyć ze wrzosów
I ja nie wiem ile dźwięku, a ile pogłosu
Trzeba by mi rozróżnić by wiedzieć, co chcę od losu.
(nie)
Nie
Mówię
To (nie) ja
Co tam robisz
Czy czujesz
coś
nie | kolwiek
coś |
?
Myślę, że...
tyle (nie) mogę
tylko
Aż bo tyle
tylko
myśli mi dają
jakby znaki
Ja wam rzucam brylanty
Uczuć, wy je mijacie ziewnięciem.
A! Bo Państwo wolą fabrykanty!
To rzucę! Prostym mięsem! Prosięciem!
Niech się z wami świnia w błocku tarza.
Mnie to łatwo nawet nazbyt przyjdzie.
Wy tam amatorzy ołtarza
Dna jednego oczom mnie zakryjcie.
Bo nazwisko padnie to jest hurra!
A jak jakiś cień subtelny - źle.
Bo jak opis, barwa jest, natura
To się cieszą pyski. Więcej nie.
Wrak
Morze czeka by pochwycić mój wzrok
W okowy zachwytu. Każdy ze zmysłów
Pochłonąć chce morze, zapada zmrok.
Ciekawa, zaczarowana, płynę, nie wiem jak,
Lecz płynę i słyszę pomruki fal, Oto fale
się załamują - dostrzegam pierwszy wrak
Złamany maszt, strzęp żagla jak mewa na skale.
Zastanawia mnie zbutwiałe drewno
I jego woń, drgam na widok starej armaty
Co zapomniana rdzewieje, pewno
Wojna, ona niszczy wszelkie pokłady...
Wychylam się za burtę, chcę trochę
Odetchnąć morzem, pochwycić chłód
I słońość i zastanowić się, mogę?
Ale wzrok mój przykuwa kolejny trup.
Jakże ukrył się oczom, nie wiem,
Do tej pory umyka mi ta chwila
Jak niejasny sen. Był tam, ja też
I patrzyłam nie rozumiejąc, biłam
Sobie już prawie w pierś, już prawie
W złości na siebie wyrok wydałam
I gdy pierwsze uderzenie złożone na sprawie
Wybrzmiało zobaczyłam to jasno, nie rozumiałam
Jeszcze, o nie! Lecz przede mną
To nie statek widmo, nie dwa, nie wojna
Zalękniona coraz szybciej parłam tą
przeklętą wodą, jakże byłam niespokojna!
Czemu? Bo nie dostrzegłam na czas?
Bo wystraszyłam się, bo coś było nie tak?
Usprawiedliwienie : to cholerny blask
Słońca świecił mi w gębę, to dlatego wrak...
I wtedy zrozpaczona spojrzałam w lustro
Jakim stała się woda, ukołysana brakiem
Wiatru. Co dostrzegam tam teraz, gdy pusto
Oczy patrzą z mostu? Sama jestem wrakiem.
Wiosna
Trochę się jeszcze uśmiecham
Pięknie jest spijać cudzą rosę
Z cudzych liści zielonego echa
Można sobie nie wyobrażać
Głowę mieć pełną od niepojętości
Co kiedyś mogło zarażać
Co było w ich codzienności
Oko mi za okno zjechało
Bo tam i tu też jest świat
A w książkach to się czytało
O tym, co metal, co kwiat
Można, gdy się trochę zachce,
Pomarzyć nawet, wędrować
Myślą przez krainy. Łechce
mnie chęć, by spróbować.
Wałęsa
Czas się z głupot dawnych smieje
Co kochałem, za co umrzeć
I pod wałem leżeć dumnie
Chlast myśl rwie krew tryska
Na najbliże krzywe pyska
Co się ogniem zapalało
Teraz też nie znaczy mało
Jednak uśmiech za ideał
Cięcie - trzymam łba nie spuszczam
Masa lincz wiedzie posłuszna
A lud krzyczy, żem się sprzedał
Bo już nikt nie baczy teraz
Jaki serca niosły
Siła spływa po mnie z krwią
Wzrok mętnieje, oni drwią
przekaz
Jak się zdało najpiękniejszym
Nie to, co jest w dniu dzisiejszym
Jak się smutnie robi myśli
Gdy się zrozumienie przyśni
Wśród dzisiejszych obszczymurków
Z ich ogniami, gorzej bez
jeszcze żywię, jeszc..
Umarło
Lecz ulicą gdy szła, drzewa zdumione
Nad nią się pochylały, każda płytka
Chodnikowa miękką była w jej stronę,
A każdy parkan i każdy płot, uśmiech
Jej pamiętały dobrze. Usłużnie doń
Zlatywały dobre myśli, choć różnie
Można było ją widzieć, gdy szła przez błoń.
Miała kobieta tajemnicę skrytą
Na dnie serca, co grzała i blask piękny
Jej oczom czyniła. Tą tajemnicą
Innych oczu ciepło, wprost z marzeń sennych.
Dzień, gdy liście bezgłośnie zawisły
i nawet psy zawyły bez głosu
Nadszedł niespodziewanie, chociaż zmysły
Zapowiadały coś, odmianę losu.
Umarł jej blask wraz z ciepłem tamtych oczu,
Kazał płakać, zabierając, odchodząc
Nie było już nic, co mogłaby poczuć
Ten, którego kochała nie jest sobą.
Dramat to, ach dramat, liście zawyją
straszne to, ach straszne, płytki zaskomlą
Nie żyje i ona, choć liczy że ją
Czas ukoi jako chwilę samotną
Las trwa, ćmy zdychają, szybko i ciągle,
Gro ludzi depcze jak codzień marzenia,
Ona stoi, stoi w przeciągu wspomnień
Statycznie zawisła, nie-do-spełnienia.
Patrzy w niebo i nagle obuchem w łeb
Jego oczy, ciepło, dłonie, spojrzenie,
Ramiona, głos, uśmiech, twarz, nos, no i krew
Do głowy uderza. Drugie wejrzenie.
Próbuje być drzewem, kamieniem, słupem
Lecz nie potrafi, nie umie, więc cofa.
Wzrok unosi i prosi, zbłąkany pies
"-Co stało się skarbie?" "-Nic. Tylko kocham."
Tajemnica
Nie melancholijna, lecz nudna i mdła
Deszcz od niechcenia ni to siąpił ni padał,
Z wolna noc pełzła bardziej niż szła
Wyłonił się jakiś mężczyzna z szarugi
(To ty byłeś, pamiętam jak dziś!), niósł
W dłoniach zatkniętych w kieszenie pakunki
A uśmiech, zdawało się,że rósł, ciągle rósł!
Zapytałam Cię później czy o tym wiedziałeś
Zaśmiałeś się tylko, jak zwykłeś się śmiać,
Pogłaskałeś po głowie, nie odpowiedziałeś,
Gdy myślę o tym teraz, jestem pewna, że tak.
Gdy niosłeś tej nocy tajemnicę w kieszeni
Ja nic nie wiedziałam o nocach ku tej
A ty nic nie wiedziałeś o tym, co się zmieni
Oboje równie głupi, choć ty może mniej.
Sonet arystotelesowski
Zerwała się, podbiegła, biegnie
On za nią, szybko, szybko jak wiatr
Co w płucach sił goni szczęście
Lecz Arystotelesa to gonitwa nieboże!
Gdzie dobiegnie, jej już nie ma
Co najwyżej obok, obok biec może
Ale przecież szczęście goni, więc nie chce.
Jakże w palce złapać płynącą wodę
Co strugą przez palce gotowa uciekać?
Jeśliś raz wyrządził już szkodę
Najmądrzej by ci poczekać
Wyścig ze szczęściem spłoszonem
Z góry ja znam, możesz polegać.
Ryfka
Niespokojni, dzieci zbudzone
Byli biali i głusi na dźwięki
Któryś upuścił koronę
Goń, kryj, nic to! Oni biegną
Stopy miękkie ranią las
Między szyszek chrząst i bas
Księżyc nuci, kwiaty więdną
Maki, maki, jak magicznie
Jaka żałość wypłowiała
Ale cśś... idzie mała
Krzewy klną ją ustawicznie
Jasno, szaro, nierealnie,
Co to? Tam co? Głupi żuk!
Nie.. Podchodzi, oczy w słup,
I nie znika, jest nachalnie.
Ostre liście, widzów tłum
Zerwał aplauz nagły szzzum..
Staje Ryfka i się kłania
Już koronę ma na głowie
Liście szemrzą, czy co powie?
Las tu kryje, las zasłania...
Tu na bukach siedzą szpaki
Nie ma wiśni dla nich
Pójdą jutro, tam gdzie maki
Rosną w mały gaik
Moja pościel oddycha jeszcze
Twoim zapachem
Pośród niej zakopana wrzeszczę
Niemym strachem
Nogi ciężkie dwa koszmary
Nie chcą wstać
Nic jest dzisiaj nie do wiary
Kurwa mać
Liryk mały liryk drobny
teraz piszę
Lepsze to niż lęk ogromny
I tą ciszę
Gdy Cię nie ma on przychodzi
Jestem sama
Gwałci mnie, w apatii błądzi
Zawsze z rana
Zmuszam się by się sprzedać
Światu wyjąc
Znów tu wrócę by umierać
Ciągle żyjąc
Ptak Pana Poe
Tak właśnie idzie smutna i sama
Jak melodia sercu miła i znana
Przyjaciółka o znajomym kroku
Noc- gałęzią u okna mi stuka
Nie poznaję w czułości jej ruchu
Wzrokiem szukam, kształt, duchu
Kolor czarny ma pióro kruka
Okiem strzela mi w serce przez oko
Ślepie ma czerwone (ptak Edgarowy)
Panie Poe, jak pan byłeś niezdrowy!
(Istoto zła, precz, leć wysoko!)
Nie odchodzi, zdaje się mówić (MARTWA!)
Słowa, których słuchanie tak szkodzi
Nieruchomy cień przepowiada i mąci
Myśl, aż cała (PIÓRA) jest czarna..
.
.
.
Czy jest tam? Spojrzeć się nie ważę
Ile tak leżę? Sekundę czy rok?
Boję się unieść choćby sam wzrok
Wiem, że patrzy, jakby czekał na paszę.
.
.
.
Gdzie.. upadłam nieprzytomna, sinieję
Bo widzę w dłoni ohydę, trzaska o ścianę
Pada z głuchym łoskotem obok firanek
Sztylet, w pobliże tabletek, znów mdleję.
.
.
.
.
.
Precz! Zostaw!
Czemuż.. nie!.. odejdź, ja..
Przymioty człowieka: Zamysł
Odpoczynek, lecz chwilkę, biegnę
dalej. Coś gonię, gdzieś dreptam
I nie wiem co celem - tak rzeknę.
Kiedy wieszam się i pranie współem
na jednym sznurze, to nachodzą mnie
myśli zgoła śmieszne. Nad ogółem
Społecznym rozkładam lupy i jest.
Tak, a tak. Widzę mazy i sadze,
widzę dym, słońce i słonia i dom.
Nie umyka nic a nic mej uwadze,
I płaczę - śmiech się toczy jak grom.
Mażę palcem policzki na zdjęciach,
Na których zatrzymałam chwilę czas,
POTEM puszczam czas znów, (cięcia
budżetowe nie przewidziały maz!)
i patrzę jak poruszony pada na ryj,
zadeptany przez gonitwy myśli i nóg.
Widzę pod lupą pętle wokół szyj
I za sznurki pociągam, jak BÓG, jak BÓG.
Umieram, ożywam, odrastam, zastygam,
Formy przybieram. Łapę siatką na motyle.
I nie będzie po mnie śladu... rzygam!
Wszystko móc, lecz móc przez chwilę...
Przymioty człowieka: Tęsknota
Brakuje mi paru słów
Prawie mam już o czym mówić
Coś jest jakby nie do końca
Coś się dzieje lecz półgębkiem
Umyka sens z blasku słońca
Paranoicznie rąbie we łbie
Zapłaciłam za aksamity bliskości
za drogocenne jedwabie dotyków
Złotą radością, pełnią ostrości
Wspomnieniem uśmiechów zastrzyków
Stanęło mi serce wpół
Zamkął się oddech na szybach
Czas zwolinił, coś spadło w dół
W dramatycznych wiatru porywach.
Przymioty człowieka: Rytm
-je- dna- k- owo
Słodyczy ciszy wsłuchana w śpiew
Zawieszona gdzieś w czasie, przestrzeni
Ulatuje wsze życie hen, lotem mew
Zmienia wartość, lecz w co się zmieni..
Subtelnym rachunkiem drgnień atmosfery
Matafizyczną muzyką myśli
Oddycham.
Zastygam.
Ciekawa, co też mi się przyśni
Gdy powieki opadną - dwie moskitiery
Hu- ra -ga -na-sza-zi
-ma- zła - ma- na
Przepis na miłość
kuchenki palnika gazowego
Przygotowanie w krokach
paru - dania idealnego:
Oczyścić brudne myśli gorące
By nie psuły smaku goryczą
Najlepiej wyparzyć je wrzątkiem
A później pozostawić aż wyschną
Gdy z łez wytrąci się sól
Zostawić, doda mi smaku,
Miłością natrzeć mi ból
Niech przesiąknę aż do karku,
Posiekać drobno smutki
Bo drobne duszą się lepiej
Zapiekać je przez czas krótki
By były strawne i miękkie,
Następnie rozgrzać dokładnie
Brytfankę a w niej moje ciało
Nie żałując tłuszczu przesadnie
Temperaturę trzymać noc całą
Na koniec polać obficie
Radością chwil dnia każdego
Zostawić mi wybór i życie
Bym oddychać mogła od niego
Tak przygotowaną potrawę
Spożywać można czas długi
A gdy zepsuję się nawet
Ugotować mnie możesz raz drugi.
Pogrzeb
Deszcz szlocha zacięty o bloki i chodnik
A szarość kałuż jeszcze podkreśla płaszcze
Czarne ubrane naprzeciw chłodowi
Co ogarnął ciało i duszę jak całun
żałobny. Na mój pogrzeb jednak nie goni
i deszcz i wiatr i chłód; jak w powodzi szału
Utoną żałobnicy w kaskadach woni
Kwiatów. Uderzy ich słońce po kołnierzach
I urzecze soczysta tekstura trawy,
Mimowolnie zapragną włazić na drzewa
Czy głaskać swoje koty. Tyle zabawy
Dookoła odnajdą. Ogrom barw palet,
Tyle piękna, że zapragną już sobie pójść.
Co bardziej tkliwi popłaczą czy nawet
Przypomną sobie zwykłą fakturę mych słów
Codziennych, ale na pewno nikt, żaden tam
Rodzic, czy przyjaciel, nie przypomni sobie
Że pożyczyłam trzy złote, okłamałam
lub zgubiłam coś inszego. W jednym słowie
Prawdy nie pomyśli nikt nawet przez chwilę.
Pójdą za to na stypę, krewni krewnego,
I żreć będą i pić ze smutku. Z przemile
Brzęczącym poczuciem dobrze spełnionego
OBOWIĄZKU.
Ostatnio jestem cicha
Szeptem gaszę świece
Piorę słowa w rzece
Z mistycyzmu licha
Dzieje się życie sen
Ten dozorca bezosobowy
Nie roi się nic do głowy
Zacieram dni w ręce krem
Brakuje tu czegoś
Istotnej części
Zdobyłam biegłość
W bezduszy na szczęscie
Do siebie na odległość
Samej w niechęci
---
Zdumiona oczy unoszę, w niebie utykają
Zdumienie przytuliło mnie, niepokoją
Mnie Koty - patrzą w górę, nie uciekają.
Obudź się, obudź się, obudź...
Słyszę Kamienie, jak tańczą i mruczą,
Odrzuciły stoicyzm i zniknęły
Nie ma ich. Teraz gdzie indziej kluczą,
O tym gdzie, nie napomknęły.
Wstawaj, no wstawaj, no...
Szarość mi się w oczach mieni
Szarymi palcami gładzę dzikie budynki
Nie gryzą mnie dzisiaj. Z którejś sieni
Dobiega ptak. Absurdalnie jest szybki.
Już rano, już rano, już...
Nie chce mi się stąd iść.
Zabiorę chociaż coś na drogę
Wezmę sobie winogron kiść
Po jednym owocu myśl ułożę...
O pisaniu
Gdy się zdarzy, melodyjnie z krzyku drwi,
Z wdzięku dźwięk odziera, pojęć kruszy głaz,
Otwiera jedne i zamyka inne drzwi.
Wysłowiczyć małe skurcze gniewnych mąk
Tak, by bielma zachodziły w głowę "co"
Plątały się pośród załamanych rąk
Spirnty myśli, co gdzie indziej będą mdło.
W innej czasu kurzu prześwicie można
Tylko pierwsze znowu świeże zawsze znów
Jak panienka, co co noc nieostrożna
Spadać w odrętnieniu miękkim na stos słów.
O erotykach i innych
Oraz Pan Morsztyn Andrzej
Ze swymi frywolne wierszyki
Wodzą myśli ku stronie złej
Dalejć Jasieńskiego Brunona
Ironii brzmiącej niespokojnie
Ostrze groteski sieje i kona
Ja nie umiem, panowie! Dostojnie
I z szyderstem o intymności
Ja czytam i klaszczę, podziwiam!
Słownej seksu kunsztowności
Wyuzdanej, doświadczonej kiwam
Z uznaniem, choć kobieta durna
Choć opiewana przez głos pieniacza
Ropą ziejący, jadem, ponura
Wasza pociągłość mnie zauracza
I choćżem skora hołdu wypisać
Słowa, przecież niepokój,
Już nie wiem, skąd dobywać
Bo cóż mnie nosi jak po stoku
Coś mi szemrze, coś mi szmera
Kole pode kością niecnie
I tak nerwi i doskwiera
Niesie dziko, niebezpiecznie.
Nie z rozumienie
Ostatnie dni życia
w niechęci
Jak na wygnanie
Dla nowego spożycia
Ci co do nieba zawzięci
Niespokojnie trzepocząc
Chichotami ze wzrokiem
Wbitym w dal
Niezrozumianą karocą
Wiezionym wyrokiem
Jak twarda stal
Popatrz na zachód bo wiem
Że się boisz
Jak ja sama
I nie na mnie patrz bo chcę
Nie znać że stoisz
Gdzie padnie granat
Grzmocąc co popadnie sierpami
Półzrozumienia pożalsię
Sam Boże
Wyrzekam się przemocy pani
Gwałtem słów rżnącą zasię
Co może
Modlitwa
Najwymowniejsza z subtelnych - poezjo.
Pomóż! Jakże ja umieć mam lusterko
życia napisać, całam jest amnezją.
W wielkim tańcu sensu, kimże być mogę?
Jam nie tancerz, gdy kroków wcale nie znam.
Parkietem? Chęć skrzydła trawi podłogę!
Wieszczko czasów, niczym jestem - u twych bram.
Ale pozwól podłodze na lot krótki...
Gdy szczęście swe rozbiła. Cenny kryształ
-skarb, o siebie samą roztłukła. Smutki
Ukryła, By ani jeden nie wyjrzał
Zniszczyć wolała niż by co dnia trutki
Go matowiły. Daj płakać ten kindżał.
Migrena
Podwieszany sufit nieba mi grozi
Czymś, co wymyka się rejestracji,
Na granicy świadomości chodzi
O coś dziś światu deklinacji.
Sztuczne oświecenie jarzeniówek.
Słucham, brzęczą o herbercie.
Wzrok mi upada ciężko łamie ołówek
Przepada w podobnej mu stercie.
Po ścianach pełzną złowrogie,
oślizgłe szepty, cienie
pod koła ławek się rzucają,
To nie napawdę, za progiem
Z kitlami czekają, w cenie
jeszcze trochę z nami pograją.
Martwota
Piszę. Słowo, co martwym kurzem
tchnie, żyje w pamięci przyszłego.
Gdzie wzroku nie uniosę, tam wzburzę
falę silną jak słodycz, śmiertelną
Jak nagłe zapatrzenie, falę: myśl.
Porosłam mchem zgorzknienia. Piekielną
Strawę gotuję biesom głodnym byś
Odszedł w ich wargach zajadłych.
Ostry kieł roszarpał każdy mięsień
Twoich smutnych oczu, a widziadły
Pochłonięte w żarłocznej pracy ścięgien.
Ubrabrać krwią i gównem twoje włosy
By lśniły w słońcu. Zamarłwszy czekam.
Jakże kocham cieni grę, chwile grozy
gdy z białego szarość na siłę wywlekam,
Paranoję luster, co spaczone własnym
odbiciem zyskują chorą nieśmiertelność,
A więc znów o Tobie. Tyś te chore sny,
Co ginąc o świcie zostawiają niepewność.
Martwa jesień
Za oknem rozgląda się zimny listopad
Szarość owładnia stopy chodników
Ciszą zawija rzężenie silników
Piszczenie dzieci cichnie powoli
Umiera za ścianą, kto ciepło woli
Trupem upada tajemna moc słońca
Konając wśród pustki odsłon tysiąca
Zamiera w sen zdziwion pies-włóczęga,
Jego głos tylko śmietnik pamięta
Oto śmierć idzie, złocisto-czerwona
Niesie ze sobą kasztany w ramionach
Miejsce gdzie śmiercią codzienną spokojna
Znajduję życie w brak życia zbrojna
Miejsce gdzie ona umarłwszy raz pierwszy
Odniesienie znalazła upojne wśród wierszy
Za oknem listopad ją za dłoń wiedzie
Lecz tylko ja wiem, gdzie nawykła siedzieć
Twój kot, łowi dziś myszy
na polu, wśród suchych traw
Długo czeka, zbyt cicho dyszy
Lecz instynkt ma do takich spraw...
Twój kot, spaceruje dziś sam,
Po parkanie z gracją przyśnioną.
Zimny wiatr pokładł zboża łan,
Jesień idzie swoją porą.
Twój kot, lecz czy twój?
Wszak znów poszedł w dziką ściężkę.
A ty sobie sam tu stój,
Patrzaj smętnie na miseczkę,
Bo kobieta twoja miauknie
Jesienią przemoknięta, zmęczona
I wróci, (czy twoja?) i zacznie
Pokładać Ci znów się w ramiona.
Kamienie na szaniec
Odchodzą
Niegdyś uwielbiana do krańca
Szkodzą
Mi odejścia, na szkle smugi
Mojej szklanej duszy
Nieprzejrzystej
Kamienie kolejne do szańca
W wodzie bystrej
Otoczaki zgładzone wiatr suszy
Jarmark
Jarmarczych rozchłeptane szalenie
Tłumy. W kolorach wirujących żywie
Myśl, oto Bóg jest - samospalenie.
Karuzel muzyka w kakofonii niespójnej
Jakby współistnieje by przeczyć istnieniu,
Śmiech, wata cukrowa i tłumnie
Napierająca maź ludzi jak śniegu
Smród kiełbas z musztardą, hot-dogów
Żelek, landrynek, popcornu - fetor,
Taka powódź życia, odpust u progów
Zeszmacenia pod budką z tandetą.
Nie nasz to czas, my w zamyśleniu
Jak komar w bursztynie, hałaśliwi
Jedynie w sprzeciwie przeciw niczemu
Młodzi gniewni - lecz jakże szczęśliwi...
Dyshonor
Stuki, krzyki, śpiew, chaotyczne wołanie
Strateg zwinął mapy z przestrachem, ponury
Loch go trwoży. Czas uciekać. Nim świtanie
Wpadnie w szyby powybijane. Nim szkło
Potłuczone zdradzi kroki. Nie czas jeszcze
umierać. Tam na nas czeka łąka, aż mdło
Od woni kwiatów, co tam kwitną w najlepsze
Majaczy mu w głowie horyzont, rojenie
o świecie odległym. Nawet nie zależy
Mu na zbrojnych, po prostu teraz są w cenie
Jaką odkupił życie - w to święcie wierzy.
Drzewa cicho szumią pieśni o poległych
W potyczkach życia; ich zasłużonym końcu
Ratuj siebie - mruczą głazy na rozległych
ziemiach. - Żaden dyshonor patrzeć ku słońcu.
Dwutakt syreni
Aby oddać w półmrok treść
Co się stało? On był pierwszym.
Teraz muszę Z A M K N Ą Ć S I Ę.
Nie potrafię śpiewać nocą
Toastów wzniosłych ze sobą na pół,
A więc nie jest rzeką rwącą
To, C O teraz ciągnie w dół?
Zali "C H C Ę" jest zdradą stanu,
Biegiem poprzez życia płotki
Bez płotków? Upadkiem planu?
Krową, co z trawą zjada stokrotki ?
Życzeniem W Ł A S N Y M jestem syreną,
Co głos oddała za nogi.
Teraz co Ż Y C I E M? Biegnę za weną
Zamiast płynąć w jej pożogi.
Jeśli błąd tak Ż Y Ć, jeśli błąd
Niebiosa wybaczą i w morską pianę
Zmienię się płynąc, choćby pod prąd
Lecz płynąc, wciąz płynąc w nieznane !
Dobra noc
Była dobra, utulono mnie królewsko
I choć bez kołysanek i płatków róż
To służek krocie - łezka za łezką
W swej słonej ekspansji oczy zmęczyły
Ku poduszce bez sił powiodły wdzięcznie
I z nią zwarły ostatkiem swej siły
A sen przyszedł kołdry nałożyć miękkie
Ratując myśli potok przed wypłynięciem
oczami. I nie śniłam nic - dzięki ci, panie!
Więc gdy pytasz jak spałam, twierdzę
że dobrze. I wiesz, nawet nie kłamię.
DIese Rose
Jestem, czym jestem. Pięknem obdarzona
Nie proszę o nic. Barw cała paleta
Nie odda koloru, którym mierzona.
Obdarzam łaską swej obecności gdy
Dbać o mnie dobrze. Na każde skinienie
Ciepły uśmiech, opiekę chcę i chcę by
Świat cały spełniał me każde pragnienie.
Nie nazwiesz mnie kwiatem, bo cóż to za kwiat
Co kolce wbija w palce twe podstępnie.
Odprawiam z kwitkiem, z rzadka łapiąc za bat,
I nagle wiem, że chcę, że pożądam, zwiędnę
Bez tej wody. Na nowo odkrywam fakt
Który znudzona nazwałam "przeciętne".
Dawno
Za wyblakłym, spranym materiałem
Słońcem dawno zaszłym pięknie
Mimo wszystkiego, co otrzymałem.
Piękno mam i dobro mam świadomość
Tak, wiem.
Dawne soki pragniena budzą ułomność
Przed snem.
Czy Pan wie
Że mnie razi słońce w oczy?
Chciałam dzisiaj zostać sama
Choć dzień taki był uroczy
Choć i ciepło i suchutko
I nic nie przeszkadza żyć
Lecz cieszyłam się tym krótko
I uciekłam pod swój liść
Pana wzrok mnie sięgnął prędko
Bo jak sokół ma pan wzrok!
Jakże teraz ukryć się to?
Pan zna znów mój każdy krok.
Proszę pana, nie przystoi!
Mam poczucie zagrożenia,
Gdy nad karkiem zawsze stoi
Strażnik myśli i sumienia!
Jeszcze chwila - w przepaść skoczę!
Z oczu zginę w nagłym pędzie
Może krwią swe ciało zbroczę
Lecz ta chwila moją będzie