Drogi Czytelniku

Znajdujesz się na blogu z poezją. Jest ona całkowicie mojego autorstwa, z tego też powodu zastrzegam sobie wszystkie prawa autorskie, jeśli chcesz czegoś użyć, prywatnie, czy komercyjnie, proszę, skontaktuj się najpierw ze mną.

Piszę od wielu lat, moje utwory zmieniały się wielokrotnie na przestrzeni tego czasu. Przechodziłam inspiracje różnymi stylami, epokami, czy wreszcie jednostkowymi autorami, nie powinno więc dziwić zetknięcie się z jakimiś ukłonami w przeróżne strony. Zdecydowałam się założyć do tego celu bloga, gdyż serwisy z poezją amatorską sprawiły na mnie wrażenie brutalnie masowych i nieprzejrzystych. Łatwo się tam zagubić, a ja potrzebuję własnego miejsca. Chciałabym z czasem umieścić tutaj to, z mojego archiwum, czym chciałabym móc się podzielić oraz być może zamieszczać również to, co powstaje na bieżąco. Zachęcam do komentowania, gdyż nic nie daje takiej satysfakcji, jak świadomość, że ktoś uznał, że skomentować warto, nawet jeśli niepochlebnie. Sam zachód wyrobienia sobie opinii na mój temat będzie dla mnie zaszczytem.

Zapraszam,

Schalenia

Szukaj na tym blogu

Umarło

Była kobieta. Nie piękna, nie brzydka.
Lecz ulicą gdy szła, drzewa zdumione
Nad nią się pochylały, każda płytka
Chodnikowa miękką była w jej stronę,

A każdy parkan i każdy płot, uśmiech
Jej pamiętały dobrze. Usłużnie doń
Zlatywały dobre myśli, choć różnie
Można było ją widzieć, gdy szła przez błoń.

Miała kobieta tajemnicę skrytą
Na dnie serca, co grzała i blask piękny
Jej oczom czyniła. Tą tajemnicą
Innych oczu ciepło, wprost z marzeń sennych.

Dzień, gdy liście bezgłośnie zawisły
i nawet psy zawyły bez głosu
Nadszedł niespodziewanie, chociaż zmysły
Zapowiadały coś, odmianę losu.

Umarł jej blask wraz z ciepłem tamtych oczu,
Kazał płakać, zabierając, odchodząc
Nie było już nic, co mogłaby poczuć
Ten, którego kochała nie jest sobą.

Dramat to, ach dramat, liście zawyją
straszne to, ach straszne, płytki zaskomlą
Nie żyje i ona, choć liczy że ją
Czas ukoi jako chwilę samotną

Las trwa, ćmy zdychają, szybko i ciągle,
Gro ludzi depcze jak codzień marzenia,
Ona stoi, stoi w przeciągu wspomnień
Statycznie zawisła, nie-do-spełnienia.

Patrzy w niebo i nagle obuchem w łeb
Jego oczy, ciepło, dłonie, spojrzenie,
Ramiona, głos, uśmiech, twarz, nos, no i krew
Do głowy uderza. Drugie wejrzenie.

Próbuje być drzewem, kamieniem, słupem
Lecz nie potrafi, nie umie, więc cofa.
Wzrok unosi i prosi, zbłąkany pies
"-Co stało się skarbie?" "-Nic. Tylko kocham."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją opinię :)